Pisząc ten post zastanawiam się, jaka była moja ulubiona zupa w dzieciństwie. Uwielbiałam babciną ogórkową z ryżem, młodą botwinkę z jajkiem, zacierki (które - ku zdziwieniu wszystkich - zajadałam świeżym ogórkiem). Ale chyba najbardziej lubiłam szczawiową. Może dlatego, że była to zupa głównie sezonowa, choć babcia zawsze robiła kilka słoików szczawiu na zimę, by i poza sezonem dogodzić wnuczce:)
Szczawiową uwielbiam do dziś, zarówno taką tradycyjną z ziemniakami, jak i moje wariacje na jej temat - np. z pokrzywami. Ale do tej pory gotowowałam ją zazwyczaj tylko latem. Zapomniałam zupełnie, że przecież można zrobić zapas siekanego szczawiu do słoików.
Niektórzy szczaw pasteryzują, inni obgotowują krótko. U nas mieszało się go z solą, ugniatało i wkładało do słoików, z wierzchu zalewając smalcem. I taki szczaw bez problemu można było przechowywać przez całą zimę.
Składniki (na 3-4 słoiki 200ml):
1 kg szczawiu
3 łyżeczki soli
olej lub smalec
Szczaw dokładnie przebrać, oderwać łodygi, opłukać i ułożyć na sicie, by woda odciekła.
Listki posiekać, zasypać solą i ugnieść, żeby puściły sok. Odciśnięte z soku liście wkładać do wyparzonych słoików, ugniatając mocno. Na wierzch wlać ok 1 cm oleju lub rozpuszczonego smalcu, słoiki zakręcić.
Przechowywać w chłodnym miejscu - np. w piwnicy albo w lodówce.

