środa, 16 sierpnia 2017

Ogórki kanapkowe do słoików

 

Świeże warzywa można kupić w marketach przez cały rok. Jednak żadne pomidory czy ogórki w grudniu nie będą smakowały tak, jak te prosto z grządki. Dlatego teraz zamykam w słoikach smaki lata:) I choć aromat świeżego ogórka jest nie do pomylenia, to kilka słoików kanapkowych ogóreczków obowiązkowo musiałam zrobić. Jak sama nazwa wskazuje - idealnie się nadają do kanapek i wszelakich burgerów. Te charakterystyczne plastry są słodko-kwaśne, z lekkim posmakiem curry i o pięknym żółtym kolorze. Ot, takie specjalne kanapkowe:)
Do ich przygotowania lepiej wybierać ogórki młode, z jak najmniejszymi ziarenkami oraz jednakowej długości (najlepiej żeby były trochę niższe, niż słoiki).

Składniki (na 7 słoików 400ml):
2 kg ogórków

zalewa:
2 szklanki wody
1,5 szklanki cukru
1 i 1/3 szklanki octu
1 płaska łyżka soli
1 łyżeczka kurkumy
0,5 łyżeczki curry
1 posiekany ząbek czosnku

dodatkowo na każdy słoik:
0,5 łyżeczki gorczycy
2 ziarenka ziela angielskiego
1 nieduży listek laurowy
opcjonalnie: ostra papryczka

Ogórki umyć, odkroić piętki, ostrym nożem pokroić w podłużne plastry o grubości ok 3mm. Na dno każdego słoika wsypać gorczycę, ziele angielskie, liść laurowy (oraz ostra papryczkę, jeśli wolicie pikantne smaki), pionowo włożyć plastry ogórków.
Składniki zalewy zagotować, zalać ogórki, słoiki zakręcić.
Dno garnka wyłożyć bawełnianą ścierka, w garnku ustawić słoiki. Zalać gorącą woda do wysokości 3/4 słoika, podgrzewać, aż woda się zagotuje. Od tego momentu pasteryzować przez 7 minut*, następnie słoiki wyciągnąć, ustawić na desce, przykryć ręcznikiem i pozostawić do ostudzenia.
Przechowywać w chłodnym miejscu.
Smacznego!

*większe słoiki np. 700ml pasteryzować 10 minut. 




sobota, 12 sierpnia 2017

Wuzetka - ciasto WZ



Dziś zapraszam na kolejny przepis z tradycjami. Opowiem Wam historię słodkiego symbolu Warszawy, czyli Wuzetki.
Gdyby zapytać Polaków o tradycyjne polskie ciasta, wśród serników i szarlotek na pewno wymieniliby wuzetkę. Wszyscy z pewnością pamiętają scenę z filmu Barei, w której kelnerka bez pytania zapisuje na kartce zamówienia zestaw obowiązkowy – kawa i wuzetka. To czarno-białe ciastko o eleganckim wyglądzie lubi towarzystwo kawy. Istniał nawet pewien rytuał jedzenia wuzetki. Początkowo bowiem ciastko składało się z biszkoptowego blatu, lekkiego obłoku bitej śmietanki oraz cienkiej chrupiącej płytki czekolady. Jedni wbijali widelczyk w czekoladową skorupę, żeby bez ryzyka zgniatania dostać się do śmietankowego puchu. Inni zdejmowali czekoladowy daszek, odkładali go na brzeg talerzyka, zjadali ciastko, a następnie chwytając dwoma paluszkami chrupiącą czekoladę, delektowali się jej smakiem.
Jak się okazuje, torcik WZ ma swoją historię. Ciastko zostało wymyślone w 1949 roku, kiedy to Cech Rzemiosł Spożywczych ogłosił konkurs na deser, który stałby się symbolem Warszawy. Skąd jednak się wzięła jego tak dziwnie brzmiąca nazwa? Nie ma wątpliwości, że WZ to skrót. Co oznacza i jak go rozszyfrować – nad tym pytaniem głowią się zarówno badacze historii stolicy, jak i znani cukiernicy. Niektórzy uważają, iż jest ona skrótem nazwy Trasy Wschód-Zachód (W-Z), której budowa została ukończona w roku 1949 i na cześć której ciastko powstało, a wuzetka miała być serwowana w kawiarni przy trasie. Inna teoria nawiązuje do skrótu WZC – wypiek z czekoladą, albo WZK – wypiek z kremem.
Nie małoważną rolę w popularyzacji wuzetki odegrały Warszawskie Zakłady Cukiernicze (WZC), które jako jedyne w latach 50-ch zajmowały się produkcją i sprzedażą w swoich kawiarniach tego torcika. Być może więc nazwa ciastka pochodzi od skrótu nazwy zakładów.
Dziś wuzetkę można kupić niemal w każdej kawiarni, a cukiernicy wymyślają co raz to inne jej wersje: z serowym kremem, z dżemem, z galaretką nawet. Najczęściej jednak spotkać ją możemy w klasycznym wydaniu – czyli czekoladowy biszkopt, posmarowany warstwą marmolady i przełożony bitą śmietaną, z wierzchu polany czekoladą i ozdobiony kleksem bitej śmietanki.



Składniki:
ciasto:
4 jaja
1/2 szklanki mąki
3 łyżki kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2/3 szklanki cukru
2 łyżki oleju rzepakowego

krem:
400ml śmietanki 30%
1 łyżka cukru pudru
sok z połowy cytryny
200ml dżemu porzeczkowego
Polewa czekoladowa:
100g czekolady deserowej
50ml śmietanki
czekoladowe groszki do dekoracji

Ciasto: Białka oddzielić od żółtek, ubijać na mikserem do uzyskania sztywnej piany, ciągle ubijając wsypać cukier, następnie dodawać po jednym żółtku. Mąkę przesiać z kakao i proszkiem, wsypać do piany, delikatnie wymieszać łyżką. Dodać olej, ponownie wymieszać. Ciasto przelać do formy (12x25cm, dno wyłożone papierem), wstawić do nagrzanego piekarnika, piec ok 25-30 minut do suchego patyczka. Upieczony biszkopt wyjąc z piekarnika, pozostawić do wystygnięcia. Gdy ciasto wystygnie, ostrym nożem przeciągnąć przy boku formy, żeby odkroić ciasto od boków. Biszkopt przekroić na dwa blaty.
Śmietankę dobrze schłodzić, ubić na sztywną pianę, pod koniec dodać cukier puder i sok z cytryny.
Polewa: śmietankę i posiekaną czekoladę umieścić w rondelku, podgrzewać do rozpuszczenia czekolady.
Jeden blat ciasta posmarować dżemem, wyłożyć krem (kilka łyżek zostawić do dekoracji), przykryć drugim blatem. Z wierzchu ciasto polać ciepłą polewą, wstawić do lodówki na kilka godzin. Resztę kremu przełożyć do rękawa z końcówką-gwiazdką. Ciasto podzielić na 8 kwadratowych kawałków, każdy udekorować różyczką kremu i czekoladowym groszkiem.
Smacznego!






środa, 9 sierpnia 2017

Tuszonka czyli mięso w słoiku

Wakacje. Spanie do 10-tej, leniwe śniadania, wypady na miasto, spacery po lesie, pikniki... Idealnie, prawda?
U nas było jednak nieco inaczej, choć to wcale nie oznacza, że gorzej. Po prostu inaczej:) Niemal codziennie pobudka o 7-ej, szaleństwo na trampolinach, spływ kajakowy i niestety komary, które skutecznie uprzykrzały leśne wędrówki, śpiewanie piosenek na balkonie (Despacito w duecie chyba całe osiedle słyszało;) dzielenie się ostatnim naleśnikiem i przez dwa tygodnie prawie pół kilometra uplecionych warkoczy. Czasami miałam wrażenie, że dziewczyny mają w środku bateryjki, a ich energia nigdy się nie kończy, chociaż zdarzały się nagłe przypływy zmęczenia, gdy trzeba było wieczorem iść umyć zęby.
Obowiązkowym elementem każdych wakacji jest wyprawa nad jezioro albo na działkę. Nie ważne - pieszo, rowerem czy samochodem, ale z pełnym wyposażeniem typu koc, zestaw do badmintona, piłka, książka. Warto pomyśleć również o zabraniu ze sobą jakiegoś prowiantu, wszak to wyprawa raczej na cały dzień. W takich warunkach nie zawsze jest możliwość ugotowania obiadu, a rozpalenie grilla przy ponad trzydziestopięciostopniowym upale wydaje się pomysłem nie do końca trafionym.. Ja oczywiście w miarę możliwości staram się sama przygotowywać smakołyki do koszyka, a jednym z nich jest tuszonka. Kiedyś taki słoik był u nas obowiązkowym wyposażeniem każdego wakacyjnego wyjazdu - tuszonka (тушёнка) czyli mięso w sosie własnym duszone w słoiku. Czy muszę pisać, że swoja, domowa smakowała najlepiej na świecie?
Ostatnio domową produkcją tuszonki zajął się brat. Przetestował kilka przepisów i opracował swój sposób na zrobienie mięsa w słoiku. Tuszonkę można przygotować zarówno z mięsa wieprzowego, jak i z wołowiny, a nawet z drobiu. Do jej przygotowania lepiej wybierać mięso nieco tłustsze, jak na przykład karkówka, podczas duszenia tłuszcz się wytopi i zbierze u góry słoika, a samo mięso zanurzone będzie w smakowitej galaretce. Kolejną sprawą jest sposób i czas duszenia. Można pasteryzować słoiki w garnku na mokro, zalewając je do ok 3/4 wodą i pasteryzując w temp. 100stC trzykrotnie: pierwszy raz 60 minut, kolejnego dnia 45 minut, na trzeci dzień 30 minut. Ale ten sposób nadaje się do kiełbasy słoikowej oraz już ugotowanych/duszonych wcześniej mięs. Mięso w słoikach można pasteryzować także w szybkowarze przez 60-80 minut.
U mnie sprawdza się pasteryzowanie w piekarniku. Ponieważ tuszonkę robiłam z wołowiny, która potrzebuje dłuższego czasu gotowania, pasteryzacja w piekarniku trwała 6 godzin w temp. 100stC (tuszonkę wieprzową pasteryzowałam 4h).
Wyszło niesamowicie kruche i miękkie mięso, soczyste, dobrze doprawione. Po wystudzeniu taką tuszonkę przechowuję w lodówce nawet kilka miesięcy, choć zazwyczaj bardzo szybko znika:)

Składniki (na 4-5 słoików 500ml):
2 kg mięsa (dałam karkówkę wołową)
2 płaskie łyżeczki soli
opcjonalnie: 1 łyżka żelatyny
na każdy słoik:
1 liść laurowy
4 ziarenka pieprzu
3 ziarenka ziela angielskiego
2 ziarenka jałowca

Mięso kroję w kostkę 2cm, mieszam z solą i żelatyna (opcjonalnie). Do wyparzonych słoików wkładam przyprawy oraz mięso, lekko ugniatając. Mięso powinno sięgać trochę ponad 2/3 wysokości słoika. Słoiki zakręcam.
Na dno głębokiej blachy kładę lnianą ściereczką, słoiki ustawiam na blasze, zalewam bardzo ciepłą wodą (wodę wlewam ostrożnie, żeby słoiki nie pękły, na ok 3cm). Blachę wstawiam do piekarnika, podgrzewam do temp. 120stC. Podczas podgrzewania mięso w słoikach zaczyna puszczać sok. Gdy w słoikach zaczyna być widać unoszące się do góry bąbelki, temperaturę zmniejszam do 100stC i dalej pasteryzuję słoiki w tej temperaturze przez ok 5 godzin.
Uwaga: podczas pasteryzowania trzeba kilkakrotnie dolać gorącej wody do blaszki, żeby nie wyparowała całkowicie.
Po zakończeniu czasu pasteryzowania słoiki pozostawiam w piekarniku do całkowitego wystudzenia, a następnie wstawiam do lodówki.
Smacznego!
 



piątek, 4 sierpnia 2017

Ciasto cukiniowo-kakaowe z malinami


Zachciało mi się bułeczek z papierówkami. Wiecie, czasem najdzie człowieka niemiłosierna ochota na coś, znajdzie sobie przytulne miejsce w zakamarkach umysłu i pociąga niewidoczne struny. Najpierw puszcza sygnał, słaby, niezauważalny prawie. Lepiej niekiedy zlekceważyć go, bowiem jeśli tylko chociaż na chwilę tę zachciankę obdarzymy uwagą, zacznie rosnąć, z każdą myślą stając się co raz większa, aż zawładnie całym umysłem. A wtedy nie ma zmiłuj i żadne zamienniki nie pomogą.
Rano pochłonęłam miseczkę owsianki z borówkami i bananem, wmawiając sobie, że to jest o wiele lepsze i zdrowsze, niż bułeczki z papie.... Stop, mam przecież zlekceważyć ten pierwszy sygnał. Tyle dziś jeszcze przede mną. Zakupy, dom, obiad... W drodze ze sklepu wstępuję na targ. Tak bardziej z ciekawości, bo warzywa mamy swoje, arbuz kupiłam w sklepie. Tłum ludzi, każdy coś kupuje, wybiera. Pani od mleka zapisuje zamówienia na sobotę, pan od pomidorów pieczołowicie wybiera ze skrzynki okazałe sztuki. Morele, brzoskwinie, borówki, porzeczki, kalafiory, pomidory, ogórki, ogórki, całe mnóstwo ogórków... I jabłka. Genewa, Julja (hm, pisownię zachowałam oryginalną) i papie... A tak w ogóle, to jabłka na targu biją rekordy ceny za kilogram. No bo kto to widział, żeby po 4 złote je sprzedawali albo gruszki po 6. Rozumiem, że były przymrozki w maju, ale tłumaczenie w stylu "pani, ja muszę to opryskać, żeby zaraza się nie czepiła i od robaków, a to kosztuje" jakoś słabo do mnie przemawia. Wolałabym jabłuszko naturalnie piękne, mniejsze, z robakiem nawet, bo skoro on może takie jabłko jeść, to i mnie nie zaszkodzi:) Z jabłkami chyba poczekam do jesieni, a póki co do ciasta wykorzystam dary z naszego ogródka.
Tylko które warzywo wykorzystać do upieczenia ciasta? Cukinię, oczywiście! Uwielbiam ciasta z cukinią, są niesamowicie mięciutkie i wilgotne. Wersja czekoladowa albo dokładniej - kakaowa z malinami to miłość od pierwszego kęsa!
A bułeczki też będą... kiedyś...:)


Składniki:

250g cukinii
100ml kwaśniej śmietany 12% lub jogurtu greckiego
1/2 szklanki oleju
2 jaja
2/3 szklanki cukru
1 szklanka +1 łyżka mąki
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki kakao
kilka kropli esencji migdałowej
garść malin

Cukinię zetrzeć na dużych oczkach, lekko odcisnąć z nadmiaru soku.
Jaja z cukrem zmiksować na jasną puszystą masę, ciągle miksując wlać olej, następnie dodać śmietanę i esencję migdałową.
Mąkę, sodę, proszek i kakao przesiać, wsypać do mokrych składników, krótko zmiksować. Dodać cukinię, wymieszać. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany.
Foremkę (keksówkę) o długości ok 30cm wyłożyć papierem do pieczenia, wylać połowę ciasta, wyłożyć połowę malin, wylać pozostałe ciasto i wyłożyć resztę malin. Ciasto wstawić do nagrzanego piekarnika, piec ok. 40 minut w temp. 170st.C, do suchego patyczka.
Upieczone ciasto ostudzić na kratce.
Smacznego!

 

czwartek, 3 sierpnia 2017

Zupa kurkowa


Marzy mi się takie grzybobranie, jak w filmie Pan Tadeusz. Przyjemnie leniwy spacer z koszykiem wśród brzózek, gdzie borowiki rosną jak nasiane, bez komarów... no dobra, mrówki mogą być;) Ech, zgodziłabym się nawet na sporadyczne komary, ale żeby grzybów było chociaż trochę.
Chcecie przepis na najlepszą zupę w kurek? Oto jest! Takiej zupy nie powstydziłby się żaden kucharz, a kto wie, czy któryś nie skorzysta w przyszłości z przepisu;) Sekretem tej zupy jest wstępne przesmażenie kurek na maśle, dzięki czemu stają się jeszcze bardziej aromatyczne, a zupa nabiera wyjątkowego smaku.
U nas zjadacze zup dzielą się na dwie frakcje - jedni wolą zupę zabielaną śmietaną, drudzy lubią widzieć, co w zupie pływa. Chcąc sprostać gustom jednych i drugich nie dodaję śmietany do zupy w garnku, gdyż śmietanę zawsze można dodać, ale wyjąć już nie;) Kto chce, może zabielić swoją porcję zupy w talerzu.


Składniki:
2 litry wywaru (bulionu) warzywnego
ok 300g kurek
2 ziemniaki
1 marchew
1 cebula
1 łyżka oleju
1 łyżka masła klarowanego
garść drobnego makaronu (ok 50g, np. gwiazdki)
pęczek koperku
sól
pieprz
2 liście laurowe
3-4 ziarenka ziela angielskiego
opcjonalnie: śmietana 18%

Kurki oczyścić i opłukać, odcedzić na durszlaku, większe można pokroić.
Cebulę pokroić w drobną kostkę, zrumienić na oleju. Do cebuli dodać kurki, smażyć na dużym ogniu, kilka minut, aż sok wyparuje, następnie dodać masło, wymieszać i smażyć, aż kurki zaczną się przysmażać. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Marchew obrać i pokroić w półtalarki. Bulion warzywny zagotować z liśćmi i zielem angielskim, wrzucić marchew i ziemniaki, gotować 5 minut, dodać kurki, gotować jeszcze 5 minut.
Następnie wsypać makaron, gotować ok 4-5 minut, aż makaron będzie miękki.
Zupę doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać posiekany koperek.
Zupę można zabielić śmietaną - wg uznania.
Smacznego!




wtorek, 1 sierpnia 2017

Kiszone ogórki


 Lipiec i sierpień to czas, gdy w kuchni pachnie ogórkami. Małosolne na teraz, kiszone na zimę, sałatki i pikle różnego rodzaju. Wreszcie mamy ciepłe noce, deszcz w ubiegłym tygodniu dobrze podlał ziemię, ogórki rosną jak szalone;) A i na targu ogórki teraz są w dobrej cenie, pora najwyższa więc by uzupełnić domową spiżarnię. Jeśli zdarzyło się Wam kupować kiedyś kiszone ogórki w sklepie, wiecie zapewne, że to jak kupowanie kota w worku - nie zawsze są smaczne, czasem miękkie, innym razem puste w środku. Dlatego staram się robić swoje, żeby później nie narzekać:)
U nas ogórki odkąd pamiętam robi się jednym sprawdzonym sposobem, ale jestem otwarta na wyzwania i za namową znajomej w zeszłym roku spróbowałam ukisić kilka słoików ogórków inaczej. Wyszły dobre, jędrne, dlatego dziś podam również jej przepis.


Do kiszenia lepiej wybrać ogórki świeżo zerwane, jędrne, średniej wielkości. Zwróćcie uwagę na odmiany, ponieważ nie każda nadaje się do kiszenia. Kupując ogórki na targu warto mieć swoje sprawdzone źródło, dzięki czemu możemy mieć pewność, że ogórki nie były przenawożone.
I tak, załóżmy, że mamy ogórki z zaufanego źródła. Oprócz ogórków potrzebne nam są jeszcze przyprawy i zioła oraz sól kamienna, niejodowana (to ważne - jodowana sól nie nadaje się do kiszenia!) U nas do kiszenia dodaje się też liść i korzeń chrzanu, baldachy kopru, czosnek, liście wiśni i porzeczki oraz dębu, dzięki temu ogórki wychodzą jędrne i chrupiące. Dobrze jest też zalać ogórki nie zwykłą kranówą, a wodą chociażby przefiltrowaną, źródlaną albo ze studni. Idealnie byłoby ukisić ogórki w kamionce i przechowywać w zimnej piwnicy, ale duże szklane słoje i nawet litrowe słoiki też dobrze się sprawdzają. Przed włożeniem do słoików ogórki trzeba dokładnie umyć,  liście i koper opłukać, chrzan obrać i pokroić w słupki, czosnek obrać (choć wiem, że można zostawić ząbki w łupinach, ale muszą być czyste). Niezależnie od sposobu kiszenia, najpierw trzeba przygotować słoiki. Do słoika wkładamy przyprawy: liść chrzanu, po 2-3 liście wiśni, porzeczki i dębu, duży baldach kopru, 2-3 ząbki czosnku, kawałek chrzanu oraz ogórki.


Sposób I (tak jak zawsze robimy od dziada pradziada) :
na 3-litrowy słoik ogórków - 3 łyżki soli kamiennej niejodowanej (używam soli O'Sole).
na 1-litrowy słoik - 1 łyżka soli.
Sól rozpuszczamy w zimnej wodzie i zalewamy ogórki. Przykrywamy zakrętkami, nie dokręcając do końca. Słoiki stawiamy do miski, ponieważ podczas fermentacji woda będzie się przelewać. Słoiki zostawiamy w temperaturze pokojowej na 3-4 dni, następnie zalewę zlewamy do garnka, zagotowujemy i gorącą zalewamy ogórki, zakręcamy do oporu i po wystudzeniu przenosimy w chłodne miejsce.

Sposób II:
Proporcje soli jak wyżej. Ogórki zalewamy, słoiki zakręcamy, odstawiamy na 1-2 dni, następnie wynosimy do piwnicy.

Sposób III:
Proporcje soli jak wyżej. Zagotować wodę, rozpuścić sól, gorącą zalewą zalać ogórki, zakręcić, po wystudzeniu przenieść w chłodne miejsce.

Sposób IV (ten od znajomej) :
Ogórki ułożyć w słoikach. Proporcje zalewy na 3-litrowy słoik: 1 szklanka soli na ok 1,5 litra wody. Sól rozpuścić, zalać ogórki, odstawić na 2 dni. Następnie zalewę wylać, a ogórki zalać zimną wodą (bez soli), zakręcić, przenieść w chłodne miejsce.

A Wy macie swoje sprawdzone sposoby na kiszone ogórki?;)



Drukuj